Obudziłam się gdy reszta jeszcze pogrążona była w głębokim śnie. Stwierdziłam, że muszę się im jakoś odwdzięczyć za pomoc i pocieszenie. Wstałam po cichu, żeby czasem któregoś nie zbudzić. Jeden z braci poruszył się, ale tylko przez sen. Ustawiłam ich kubki na miejscach, nalałam wody do czajnika, ale jej nie wstawiałam, bo nie mam pojęcia kiedy mają zamiar wstać. Na środku położyłam około 20 kanapek, które robiłam przez jakieś 15 minut, w końcu to chłopacy, nie starczy im jedna. Udekorowałam wszystko ładnie, rozłożyłam talerze i na każdym przykleiłam karteczkę w miłymi słowami da nich. Mam nadzieję, że przez to na ich ustach pojawi się uśmiech. Ruszyłam do busa, w końcu musiałam się przebrać i tym podobne. Właściwie, może najpierw pójdę pogadać z Kellinem? Wygarnę mu to wszystko, bo wczoraj emocje sprawiły, że nie potrafiłam. Spojrzałam na zegarek 8.36. Mogłam się założyć, że jeszcze spał. Z pewnością bym wygrała. A co jeśli pójdę do Vica? Nie słyszałam wczoraj od niego ani słowa, więc może teraz chociaż coś wyduka. Komuś przecież muszę wykrzyczeć, to co mi leży na sercu. Bus PTV jest gdzieś w pobliżu SWS, tak mi się wydawało, gdy wczoraj biegłam. Wtem drogę zagrodziła mi Diana.
-Hej, w końcu cię znalazłam. Dlaczego wczoraj dzwoniłaś? Wszystko w porządku?-Wyglądała na zmartwioną.
-Emm.. No tak. Słuchaj, może przejdziemy się do tego sklepiku z gadżetami? Po drodze ci opowiem.
-Dobra, ale muszę iść jeszcze tylko do Mayi po moje słuchawki, zostawiłam je tam, bo nie spałam dzisiaj w naszym busie. Idziesz ze mną?
-Spotkajmy się w tym miejscu, ja też muszę coś załatwić. Później pogadamy-powiedziałam widząc jej pytający wyraz twarzy.-Widzimy się zaraz- pokiwała głową, a ja nie czekając długo ruszyłam szybkim krokiem, bo nie miałam zbyt dużo czasu. W końcu zauważyłam niebieski pojazd z napisami. Już chciałam skręcić za krótką część autobusu. Gdy nagle usłyszałam PIOSENKĘ.
Naprawdę musiał grać aktualnie mój ulubiony kawałek z całego ich repertuaru?
Serce mi zmiękło. Oczy znów zapiekły. Powinny to być łzy szczęścia, w końcu
słuchałam muzyki samego Vica Fuentesa. Niestety, nie były to te łzy, to były
te, które pojawiają się w tych gorszych momentach naszego życia. Odczekałam
paręnaście sekund, by to, co pojawiło się na moim policzku swobodnie spłynęło,
a oddech stał się równomierny. W końcu poddałam się i usiadłam koło
Meksykanina. Nie przerwał, więc ja nieśmiało dołączyłam się do jego śpiewu.
Pokiwał głową i uśmiechnął się serdecznie. Skąd on brał tyle życzliwości? Nasze głosy się komponowały:
„What if I can't forget you?
I'll burn your name into my throat .
I'll be the fire that will catch you.
What's so good about picking up the pieces?
None of the colors ever light up anymore in this home."
Gdy skończyliśmy nie wiedziałam co mu powiedzieć. Chciałam siedzieć
cicho i poczekać aż on odezwie się pierwszy. Ale moje usta mnie nie posłuchały.
Wolały iść własną drogą. Chyba zmówiły się z mózgiem, bo potok słów, który
wypowiedziałam był czymś zupełnie innym, niż moje plany.
-Tak oto zostałam sama. Nigdy nie spodziewałam się, że mógłby mi coś takiego
zrobić. Oczywiście już pierdyliard razy słyszałam o Kellicu. Ba, nawet byłam
jedną z shipperek. Miałam ustawione wasze wspólne zdjęcie na tapecie i
gdziekolwiek indziej się dało. Ale nie teraz. To była ostatnia rzecz, o jaką
bym go podejrzewała. Prędzej spodziewałabym się, że wróci do Katelyne. A tu
proszę, Kellic is real, i jeszcze do tego spierdolił mi festiwal. Tak, wiem, że
to nie twoja wina, Vic. Chociaż właściwie zanim usłyszałam "Caraphernelia"miałam
ochotę wbiec, nawrzeszczeć na ciebie, wygarnąć ci, że cię nienawidzę, że przez
ciebie straciłam Kellina. Nie wiem, czy on mnie kochał, ale ja jego tak.
Śmieszne, prawda? Znaliśmy się naprawdę krótko, a ja już zdążyłam się zakochać
w kimś, kto potraktował mnie jako przytulankę do czasu, gdy przyjedzie jego
chłopak. Zbyt szybko przywiązuję się do niewłaściwych ludzi. Olałam dla niego
faceta, któremu naprawdę na mnie zależało, a tylko bardziej spieprzyłam sprawę.
Byłam zła na Matta, Kells mnie pocieszył i przez to zdobył moje serce. Szkoda,
że nie wiedziałam, że jego jest zajęte i nie mam szans na wciśnięcie się w choć
mały skrawek jego prawdziwych uczuć. To wszystko była tylko gra, te esemesy, te
czułe słówka, pocałunki, wszystko łgarstwo. Swoją drogą dobry aktor z tego
dupka. We wszystko mu uwierzyłam. Mogłeś przyjechać trochę później. Biedny,
tyle się namęczył a nawet nie zdążył mnie dobrze zaliczyć.-Teraz już nie
hamowałam łez. Spływały samowolnie po mojej twarzy. Tylko raz po raz przetarłam
je rękawem wojskowej kurtki. Wiedziałam, że Vic nie wie co robić, ale nie
miałam mu tego za złe. Wystarczyło, że mu się wygadałam.
-Nie mów takich rzeczy. On ciebie też kocha. To wszystko nieprawda. Rozmawiałem
z nim wczoraj bardzo długo. Ale lepiej, żebyś to ty z nim pogadała. Zależy mu na tobie. Mówił mi to. Nie
możesz go od razu skreślać. Po prostu ktoś…-Przerwał.
-Co ktoś, Vic?-Pokręcił głową.- Błagam, powiedz mi, Vic. Co się stało?
-Nie wiem wszystkiego.
-Powiedz to, co wiesz.- Serce waliło mi w piersi. O co do cholery chodziło?
-Dobra. Ktoś, ale nie wiem kto, bo nie chciał mi tego zdradzić, ale nieważne.
Ktoś powiedział mu, że widział cię jak całujesz się z Mattem. Zwariował i
wymyślił, że jesteśmy razem.-Zasłoniłam ręką usta, a mój płacz zamienił się w
szloch.
-I on tak po prostu uwierzył? Uwierzył, że ja mogłabym mu coś takiego zrobić?-
Objął mnie ramieniem. Po kilku minutach trwania w jego ucisku, Vic w końcu się
odezwał:
-Nie wiem czy to dobra chwila, ale możesz mi powiedzieć co z nimi?- Oderwałam
się i spojrzałam pytającym wzrokiem. Vic otworzył szeroko oczy.
-Ty nic nie wiesz? O matko, to dlatego tutaj jesteś.
-Vic o co chodzi?! Nie spałam dzisiaj w naszym busie!- Krzyknęłam, a on wstał.
Poszłam jego śladem.
-Więc tak.- Mówił zdenerwowanym głosem.- Pewnie wiesz, że wczoraj chłopacy z
BMTH trochę zabalowali. Kellin zresztą po Twoim odejściu też nie stronił od
alkoholu. Był nieźle wstawiony. Trochę się zdrzemnąłem, a gdy się obudziłem
jego już nie było. Nieźle się wystraszyłem. Wybiegłem z busa, żeby go poszukać.
Sam się znalazł. Usłyszałem jakieś krzyki na głównej polanie. Pobiegłem to
sprawdzić. Tak oto ich znalazłem. Był tam Oliver, Matt no i Kellin. Na początku
tylko się kłócili, ale nie obyło się bez rękoczynów. Przyszedłem za późno. Byli
już w trakcie bójki, starałem się ich oddzielić, ale udało mi się to po długim
czasie.-Świat zawirował mi przed oczyma, nie mieściło mi się to głowie.
Myślałam, że to uszy odmówiły mi posłuszeństwa, ale nie, to była prawda.
-Ggggdzie oni są?- Dałam radę tylko zapytać.
-W namiocie ratowniczym, przy bramie wejściowej, ale nie ...- Nie zdążył dokończyć,
bo rozpoczęłam już swój bieg. Nigdy nie nabrałam takiej prędkości tylko dzięki
swoim nogom. Dzwonił mój telefon, ale nie zwracałam na niego uwagi. Nie byłam
pewna, czy wiem, gdzie znajduje się ten namiot, ale stwierdziłam, że raczej go
zauważę. Nie myliłam się, moje oczy szybko odnalazły ognistoczerwony kolor
miejsca pracy ratowników. Nagle na mojej drodze pojawił się mężczyzna, o
postawnej budowie ciała w kombinezonie o takiej samej barwie.
-Przepraszam, czy jest pani rodziną?-Spytał.
-Nie... Znaczy tak.
-Zgaduję, że pierwsze słowo jest prawdą, więc nie może pani tu wejść.
-A weź się pan przesuń-krzyknęłam i przebiegłam obok ratownika. Nie miałam
czasu na pogaduszki z jakimś upierdliwym facetem. Zauważyłam trzy zajęte koło
siebie łózka. No pięknie, jeszcze ich razem położyli. Nie mieli dużych obrażeń.
Oliver miał wielkie limo pod okiem, a śladem bójki Kellina i Matta było kilka,
albo kilkanaście, siniaków na całym ciele.
-CZY WAS JUŻ CAŁKIEM POJEBAŁO?!-Wrzasnęłam.- Czy Wy jesteście normalni?
Naprawdę nie macie co robić, tylko urządzać sobie bitwy?!
-Taka mała, pijacka sprzeczka. Nie powiem, kto był jej powodem.- Powiedział
Matt i mrugnął do mnie. Trzymajcie mnie,
bo zaraz mu dołożę.
-Przepraszam, pani naprawdę nie powinna…- W końcu przybył znajomy mi ratownik.
-Odjeb się, rozmawiam.- Zbyłam go i odwróciłam się w stronę Olivera.- W takim
bądź razie, co do cholery ty tu robisz?!
-Kellin powiedział, że mam brzydki tatuaż.-Nadąsał się.
-Dobry, powiedziałem DO-BRY. Gdym nie lubił piór, nie umieścił bym jednego na okładce swojego albumu, do cholery.-
Odezwał się wreszcie brunet. (Przepraszam, musiałam haha XD przyp. aut.)
-Naprawdę musiałaby pani..- Znów nie pozwoliłam dokończyć Johnowi, bo tak miał
na imię mężczyzna, według napisu na identyfikatorze.
-Naprawdę musiałby pan zostawić mnie w spokoju, nie mam zamiaru na razie im nic
robić, więc weź pan spadaj. Mam nowe glany, raczej nie chce pan, żebym je na
panu testowała! Wracając do was - zrobiłam zwrot- stwierdzam, że jesteście
trojką idiotów! To nienormalne bić się o takie durne rzeczy!
-Ale przynajmniej tu sobie porozmawialiśmy i wszystko stało się jasne,
księżniczko.-Kellin uśmiechnął się do mnie po tych słowach. Nie odwzajemniłam,
tylko mnie bardziej wkurzył.
- Nie nazywaj mnie tak.-Warknęłam.
-A, tak. No bo wiesz, ja wszystko..-Chyba lubię ludziom przerywać w środku
zdania, bo znów to robiłam.
-Wiem, rozmawiałam z Victorem. Gówno mnie obchodzi dlaczego to zrobiłeś,
chociaż za powód powinnam być też wściekła. Jak mogłeś uwierzyć w takie brednie?!
I co ważniejsze: jak mogłeś wymyślić coś tak durnego?! Nie mogłeś po prostu ze
mną porozmawiać?! Wszystko bym ci wytłumaczyła! Nie moja wina, że Matt musi
mieć zawszę dziewczynę z czerwonymi włosami!-W mojej kieszeni rozdzwonił się
telefon. Naprawdę mamo, teraz? Mimo
to zdecydowałam odebrać.
-Cześć mamusiu.-Powiedziałam słodkim głosem i ku uciesze Johna wyszłam z
namiotu. Naprawdę myślisz, że zaraz tu
nie wrócę, John?
-Ale wpakowałeś się w gówno, stary.- Usłyszałam jeszcze za sobą głos Matta.
Wywróciłam oczyma.
-Cześć kochanie. Jak tam?-Powiedziała mama po drugiej stronie słuchawki.
-Uhmm. Jest super, mamciu. Słońce, 26 stopni, pełno sław i w ogóle-moja mama
zaczęła się śmiać.
-No to się cieszę, to chciałam usłyszeć. Skoro wszystko w porządku nie będę ci
przeszkadzać. Pozdrów wszystkich i ucałuj ode mnie Dianę.
-Dobrze, dzięki. Na pewno przekażę. Ty też zrób to samo, i ucałuj tatę-mama
znów się zaśmiała. Ja nie miałam ochoty, ale udałam, że też się śmieję,
przecież nie pozwolę, żeby się martwiła czy coś. Mamo, gdybyś tylko wiedziała, co właśnie dzieje się w mojej głowie,
sercu, brzuchu czy gdziekolwiek indziej nie byłabyś taka szczęśliwa.
-Baw się dobrze, kocham cię, pa!
-Ja ciebie też, pa.- Rozłączyłam się i zauważyłam, że Diana próbowała się ze
mną skontaktować 20 razy. Lepiej do niej
zadzwonię. Wybrałam numer przyjaciółki. Odebrała po pierwszym sygnale.
-Wreszcie, do cholery!-Słyszałam, że jest wkurzona.
-Diana, gdzie jesteś?
-To chyba ja powinnam zadać to pytanie tobie!
-Błagam, przyjdź jak najszybciej do namiotu ratowniczego.
-Coś ci się stało?!
-Nie, nie mi. Pośpiesz się.
-Ale gdzie to do cholery jest?!
-Przy bramie wejściowej.-Rozłączyła się. Ruszyłam do wejścia.
-Znowu ty? Ile razy mam ci mówić, że..
-John, nie zgrywaj ważniaka. –Kolejny raz weszłam mu w zdanie.-Postaram się nie
oddychać, żeby nie zabierać im tlenu, ok? Tam jest mój…tam są moi
przyjaciele.-Powiedziałam po chwili zastanowienia. Bo nie wiem czy mogłam nazwać
Kellina jeszcze swoim chłopakiem po tym co zrobił. Podbiegła do nas Diana. Była
strasznie zdyszana.
-Widzisz John, ma zadyszkę, muszę iść z nią usiąść.-Ratownik przewrócił oczyma.
-Właźcie.-Rzucił.
-Co tu się do cholery dzieje?!- Krzyknęła Diana.
-Nadużywasz zwrotu „do cholery”.-Zauważyłam.-Zaraz się dowiesz.- Nie zdążyła
nic odpowiedzieć, gdyż doszłyśmy na miejsce i naszym oczom ukazali się
poobijani chłopacy. Moja przyjaciółka podbiegła do Olivera i przykucnęła przy
jego łóżku polowym.
-Mała, pijacka sprzeczka-powtórzył słowa Matta. Usiadłam na stołku pomiędzy Mattem a Kellinem
i zwróciłam głowę w stronę przyjaciółki i jej chłopaka. Poczułam coś koło
swojego ucha, ale zignorowałam to. Nagle usłyszałam, jak Kellin cicho śpiewa: „Could you be my heaven again? Could you be my heaven again? Cause I don’t wanna die alone..”. Odwróciłam się gwałtownie i
pocałowałam go namiętnie.
-Owszem Matt całował się z czerwonowłosą dziewczyną, ale to na sto procent nie
byłam ja. To była Chloe, głupku. Dobrze wiesz, że nigdy bym czegoś takiego nie
zrobiła. Na pewno nie tobie.-Dałam mu kolejnego całusa.
-Przepraszam. Przepraszam za wszystko. Za to, że pomyślałem, że naprawdę to
byłaś ty. Za to, że spanikowałem. Za to, że nagadałem głupstw. Nic innego nie
wpadło mi do głowy, a nie miałem serca powiedzieć ci tego w twarz. Vic był
świetna wymówką.- Nasze usta znów złączyły się w pocałunku.-Naprawdę myślałaś,
że ja mógłbym… z facetem?-Wzruszyłam ramionami i zaczęliśmy się śmiać.
Dwa lata później
Angie P.O.V.
-Nawet nie wiesz, jak się cieszę ich szczęściem-szepnęłam Kieranowi na
ucho.- Nie mogę się doczekać jej miny, przecież ona niczego się nie
spodziewa.-Zaśmiałam się. Wszyscy spotkaliśmy się, żeby uczcić tajemnicze
zaręczyny. Kellin miał się oświadczyć Nancy i chciał, żebyśmy wszyscy przy tym
byli. Jak mogłabym odmówić? Staliśmy w kręgu, ja, Kieran, Diana, Oliver, Chloe
i Matt N. Miała do nas dołączyć reszta chłopaków z zespołów, ale niestety nie
mogli. Szkoda, ale ważne, że byliśmy chociaż my.
Diana P.O.V.
-To takie słodkie, że Kieran chce oświadczyć się Angie w tak wspaniałym
miejscu- Powiedziałam do Olivera tak, by nikt nie słyszał. Staliśmy na szczycie
jakiegoś budynku w samym centrum Londynu.- Szczęściara z niej. I to wielka.- Na
dole świeciły się miliony kolorowych lamp, reflektorów i innych świecidełek
nadających ciemnemu wieczorowi jeszcze większego uroku. W ciemności to miasto
wyglądało dużo lepiej. Mój chłopak obdarzył mnie uśmiechem, który najbardziej kochałam.
Chloe P.O.V.
-Uroczo tu, prawda?-Pocałowałam Matta w policzek. Chyba trochę zazdrościłam
Dianie, każdy marzy o oświadczynach w tak wspaniałym miejscu.
-Nie tak uroczo, jak urocza jesteś ty-oddał mi całusem w czoło, przez co
momentalnie się zaczerwieniłam. Matko,
jak ja go kocham.
Nancy P.O.V.
-To takie słodkie, że Matt chce się oświadczyć na dachu budynku. Jak z
jakiegoś filmu romantycznego.- Kellin posłał mi czarujący uśmiech. –Swoją drogą
ty dziś wyglądasz równie słodko. Naprawdę, zawsze mi się podobasz, ale dzisiaj
przesadziłeś.-Dałam mu serdecznego pstryczka w nos.
-Ja tak nie mogę o tobie powiedzieć, bo zawsze wyglądasz równie nieziemsko.-W
końcu schody zaczęły dobiegać końca. Wyszliśmy na zewnątrz. Widok był
nieziemski. Przywitaliśmy się z resztą i dołączyliśmy do kręgu. Kellin uśmiechnął się do Matta, Matt do
Olivera, a Oliver do Kierana. O co
chodzi? Nagle chłopacy weszli do środka i stworzyli swoje małe koło,
przodem do nas, czyli swoich partnerek. Jakby mieli wyćwiczone w równym
momencie wszyscy przyklęknęli i zadali to samo pytanie : „ Wyjdziesz za mnie?”.
Łzy napłynęły mi do oczu, zresztą nie tylko mi. Tym razem były to łzy szczęścia. Przez kolejna około
minutę było słychać tylko nasze przytaknięcia i ciche szlochy powstrzymujące
płacz. Po chwili wyszli wszyscy chłopacy z BMTH, R94, SWS, a nawet PTV.
Zaczęli krzyczeć, wznosić toasty i śmiać się.
Angie, Diana, Chloe and
Nancy P.O.V.
Jednak marzenia się spełniają. Kocham
go, naprawdę go kocham. Nie wiem co bym bez niego zrobiła. Szczęściary z nas. Wszystko poszło dobrze, życie jest czasem zbyt łatwe i
przyjemne. So make every second divine.
THE END
No, to tak sb skończyłam, zaraz będę zaczynać Kellica, też będzie na tym blogu, więc wbijać częściej ^^ Mam nadzieję, że się podobało. Miło było, to do Kellica, ludki ♥ Nancy/ @MrsMetalowa